Dobbrodružky z Lechictanu-slnečmý život


Jadwiga Toeplitz-Mrozowska, zasłużona artystka scen krakowskich, zasłynęła jako organizatorka eksploracyjnych wypraw do Azji. Jej imię nosi przełęcz w paśmie górskim Kurtaku na Pamirze, w pobliżu jeziora Zorkul. W 1929 roku o istnieniu tego zanikającego jeziora wiedziało niewielu geografów.

Członkowie ekspedycji kierowanej przez polską podróżniczkę, wśród których byli alpiniści włoscy, postanowili odnaleźć je i zbadać. Posuwając się szlakiem innego naszego badacza gór Azji, Bronisława Grąbczewskiego, pani Jadwiga dotarła do Hindukuszu, skąd zboczyła na tereny do tej pory nieznane. W pobliżu granicy z Afganistanem odkryła wiele nienazwanych jeszcze dolin i przełęczy. Sporządziła mapę zbadanych przez siebie okolic. Wyjaśniła przyczynę wysychania jeziora Zorkul. Ustaliła linię wododziału w paśmie Kurtaku. Wytyczyła nowe drogi przez górskie łańcuchy, na których nigdy przedtem nie odcisnęła się stopa ludzka. W uznaniu tych zasług Włoskie Towarzystwo Geograficzne odkrytą przez nią przełęcz na wysokości 4200 m n.p.m. nazwało Passo J. Toeplitz-Mrozowska i nagrodziło naszą rodaczkę złotym medalem, który po raz pierwszy został przyznany kobiecie.
Odnotowała to książka „Polskie nazwy na mapie świata“, której autor zwraca uwagę, iż wszystkie podróże Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej przynosiły poważne wyniki naukowe. Zwiedziła Indie, Cejlon, Birmę, Iran, Tybet, Kaszmir i Ladakh. Była pierwszą kobietą, która przeszła przez wiecznie zaśnieżony Dach Świata. Jej wyprawy podróżnicze do Azji sponsorował bogaty finansista włoski polskiego pochodzenia, Józef Toeplitz, dyrektor Banca Commerziale Italiana w Mediolanie, inicjator pierwszego kredytu zagranicznego dla niepodległej Polski po I wojnie światowej. Piękna aktorka polska, dla której pisał wiersze Tadeusz Boy-Żeleński, wyszła za włoskiego bankiera po rozwodzie z pierwszym mężem. W czasie I wojny światowej pełniła obowiązki pielęgniarki w jednym z krakowskich szpitali dla rannych żołnierzy. Z teatrem rozstała się po drugim zamążpójściu w 1918 roku. Zajęła się wtedy sztuką, studiowaniem języków, historią, astronomią, a zwłaszcza geografią, która pociągała ją od dzieciństwa. Mogła wreszcie poświęcić się podróżowaniu, realizując inne ze swoich dawnych marzeń. Tak napisała o tym po latach: Nurtowała mnie zawsze ciekawość szerokiego świata, żądza poznania ludzi innych ras i obyczajów. Nie były to podróże przyjemnościowe, lecz wyprawy badawcze. Podróżowałam koleją, statkiem, samochodem, konno, na wiełbłądach, na słoniu, łodzią i pieszo. Z karabinem na plecach i pistoletem w futerale. W najgęściejszej dżungli polowałam na tygrysy, lamparty i inne drapieżniki. Długo też przebywałam na bezwodnej pustyni, gdzie śmierć zaglądała w oczy ludziom, a zwierzęta pociągowe padały z głodu i pragnienia.

Pierwsza jej książka, stanowiąca raport z podróży, ukazała się we Lwowie w 1934 roku. Nosiła tytuł „Moja wyprawa na Pamiry w roku 1929″. Było to tłumaczenie z języka włoskiego, zawierające między innymi opis pierwszych przejść przez przełęcze Tałdyk (3595 m n.p.m.), Tagarkati (4023 m n.p.m.), Dżangi Dawan (4200 m n.p.m.), Kizył-Art (4224 m n.p.m.) i Akbajtał (4595 m n.p.m.). W ten sposób trafiła do grona wytrawnych zdobywców gór. W 1963 roku wyszły w Krakowie napisane po polsku jej wspomnienia, którym dała tytuł „Słoneczne życie“. Przypomniały postać wielkiej polskiej podróżniczki, mieszkającej we Włoszech od 1907 roku. Jadwiga Toeplitz-Mrozowska podzieliła się w nich wrażeniami nie tylko z dalekich krajów azjatyckich, ale również z Hiszpanii, Gibraltaru, Paryża, Włoch, Skandynawii, Ziemi Świętej, Damaszku i Bagdadu. Szczególnie dumna była z wyprawy na Pamir w czasach Związku Radzieckiego, kiedy docierali tam nieliczni cudzoziemcy. Zwłaszcza, że o mało nie przypłaciła życiem przygód w tym zakątku świata.

Ciekawe były jej obserwacje dotyczące kultury Kirgizów i Tadżyków. Właściwie w każdym odwiedzanym kraju prowadziła notatki etnograficzne, interesowała się jego kulturą i historią. O Indiach napisała: Przyznać muszę, że wrażenia, jakich doznawałam w czasie moich wielokrotnych pobytów w Indiach, nigdy i nigdzie nie powtórzyły się w moim życiu. Ten przedziwny, a jakże często przerażający kraj, najmocniej opanował moją wrażliwość natury, najgwaltowniej potrafił podniecić moją imaginację. Dlatego też pokochałam go i zawsze z żalem przychodziło mi go opuszczać.

W nie mniejszym stopniu urzekł ją Cejlon. Zadziwił bezgranicznym zaufaniem do człowieka zwierząt, na które nigdy nie polowano z nagonką. Czasem z konieczności ktoś ustrzelił czarną panterę lub lamparta. Nawet czerwonooka kobra schodziła zazwyczaj ludziom z drogi. Dopiero urażona nieuwagą przechodnia mogła ukąsić i zabić.

Po przybyciu do Kolombo zamiast oddać najpierw listy polecające miejscowym dygnitarzom, spijać u nich herbatki i trzepać kiepską angielszczyzną uwagi o pogodzie, zamiast w eleganckiej rikszy włóczyć się po Cynamonowym Parku, Mrozowska wolała się udać z boyem-Syngalezem nad staw, w którym kąpały się słonie. Opisała to tak: Kąpanie słoni stanowi bardzo interesujący obrzęd. Wprawdzie one same – wciągając trąbą wodę – oblewają siebie i mahuta [poganiacza i opiekuna], ale to nie wystarczy. Trzeba je czyścić przepiłowaną połową orzecha kokosowego, która wydrapuje im ze skóry wszelkie brudy i pasożyty. Słonie podczas tych zabiegów są w doskonałym humorze. Oczka ich się rozszerzają, śmieją, błyszczą… Porykują radośnie, trąbią jak dzieci, z figlów oblewają wodą stojących na brzegu ubawionych widzów, a kiedy higienie stało się zadość, bardzo niechętnie wychodzą z kąpieli. W wiosce Tamilów, z chatami bez ścian, zarośniętymi krzewami bananów, wypytuje o święte krowy, które włóczą się wszędzie i których nikt nie karmi – same wyszukują sobie pożywienie. I notuje taką odpowiedź swego ciemnoskórego kierowcy: Według jego prozaicznej interpretacji do wyniesienia [krowy] na szczyt zoologicznej piramidy istnieją dwa powody: pierwszy to mleko, bardzo kiepskie, wodniste, o dziwnym smaku i mocno podejrzanej woni, które jednak pić muszą, bo innego nie ma; drugim powodem jest rzadki krowi nawóz przerabiany rękami dziewcząt (nie dziewcząt! Dziewcząt w Indiach nie ma! Jest tylko dziecko-kobieta), które formują z niego okrągłe placki o zdecydowanej woni, przylepiają je do ścian domostwa i suszą na słońcu, by używać później jako paliwa do gotowania strawy. Być może, że święte księgi w innej formie tłumaczą świętość krowy, ale ponieważ opał ten przynosi pożytek ludowi, a ja nie piszę mojej książki dla uczonych w piśmie, lecz jedynie dla ludzi prostych jak ja, zadowoliłam się prymitywną formą przekazaną przez człowieka z ludu, zwłaszcza wobec argumentu, że zdobycie takiego paliwa nie wymaga żadnej fatygi, a świętą krowę kosztuje jedynie podniesienie ogona. Aureola zgasła!

Jadwiga Toeplitz-Mrozowska była członkiem Włoskiego Towarzystwa Geograficznego, wygłaszała odczyty na uniwersytetach w Rzymie i Mediolanie. Występowała we Francuskim Towarzystwie Geograficznym. Na zaproszenie profesora Eugeniusza Romera gościło ją Polskie Towarzystwo Geograficzne. W 1937 roku Polska Akademia Literatury przyznała jej srebrny wawrzyn akademicki za szerzenie zamiłowania do literatury polskiej. Część zbiorów podróżniczych Polki mieszkającej we Włoszech znalazła się w muzeach Warszawy i Krakowa.

Wybitna aktorka i podróżniczka, zasłużona dla geografii kilku krajów, zmarła w 1966 roku we Włoszech. Pochowana została na cmentarzu w San Ambrogio niedaleko Varese w Lombardii.
Warto przypomnieć jeszcze jedną pasjonatkę wędrówek do miejsc trudno dostępnych dla kobiet. Ludwika Ciechanowiecka była dziennikarką i tłumaczką, studiującą obyczaje sekty ibadytów, mieszkających w algierskiej części Sahary. Wybrała się do nich w 1930 roku, zwiedzając po drodze Tunis. Owocem jej podróży była książka „W sercu Sahary. Algier-Mzab-Tidikelt-Hoggar“ (Warszawa 1933), wysoko oceniona przez badaczy różnych sekt islamu. Ten odłam powstał w VII wieku w Iraku, ale przetrwał w najciekawszej postaci wśród Berberów w północnej Afryce. Niektórym etnografom wydało się podejrzane, że polska reporterka mogła biegać po uliczkach małych miasteczek kraju, w którym panowały surowe obyczaje, zadając fanatycznym muzułmanom obcesowe pytania. Podejrzewano ją nawet o mistyfikację. Korespondencje z Algierii Ciechanowiecka drukowała w różnych pismach, między innymi w poczytnym „Świecie“. Faktem jest jednak, że pozostała postacią zagadkową. Żaden z lakonicznych biogramów nie podaje dat jej życia. Tylko z reportaży wiemy, że interesowała się Legią Cudzoziemską (stąd przypuszczenie, że pod postać kobiecą mógł podszyć się jakiś polski legionista), ale opisywała również pracę zakonu białych braci i białych sióstr, założonego przez kardynała Lavigerie, a o znajomości w tych kręgach raczej trudno podejrzewać żołnierza. Biali zakonnicy nie prowadzili natrętnej pracy misyjnej, lecz starali się pozyskać sympatię dla chrześcijaństwa, zakładając warsztaty przysposabiające młodzież algierską do różnych zawodów, pracowali w szpitalach, niczego w zamian nie żądając. Nosili na białych habitach czarne krzyże, ale na głowach czerwone fezy. Jednym z głównych ośrodków ich działalności była Biskra. Ciechanowiecka przemierzyła całą niemal Saharę, docierając do gór Ahaggar na południu Algierii.

Pridajte Komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *

sk_SKSlovak

Z organizačných a technických dôvodov rušíme oslavy- Deň poľskej vlajky a poľskej diaspóra 18.5.2024 v Rajeckých Tepliciach. O náhradnom termíne Vás budeme informovať.