Dobrodružky s Lechistanu- dvanásť žien na ceste do Istanbulu

 

 

Wykpiwał ją między innymi Ignacy Krasicki w satyrze „Marnotrawstwo“:Ten ustawia pagody chińskie na kominie,
Ten perskie giry dony, ów japońskie skrzynie,
Pełno muszlów zamorskich, afrykańskich ptaków.

Zwyczaj, który upowszechnił się zwłaszcza wśród polskiej magnaterii, przedstawił barwnie znakomity nasz orientalista Jan Reychman: Lubowano się w uroczystościach pełnych niby przepychu wschodniego, księciu Czartoryskiemu towarzyszyły wielbłądy niosące na sobie rozmaite ciężary, ubrane i okiełznane w rozmaite trzęsidła, dzwonki. Prowadzili je udani Arabowie czy Turcy. Powołał się przy tym na pamiętniki Kajetana Koźmiana i Juliana Ursyna Niemcewicza oraz wspomnienia M. Starzeńskiego „Na schyłku dni Rzeczypospolitej“. Jak się bawiono w tamte lata? Oto opis maskarady, urządzonej przez niego w 1793 roku na modłę wschodnią: Ja, jako basza ze Strobli, wyjechałem w biały dzień na statku naprzeciw baszy z Turośłi… W czasie tej podróży przyjęcie, chłodniki, sorbety, wszystko po turecku.
Organizowano takich imprez niezliczoną ilość. Szczególnie uwielbiały je panie. Dla księżnej Radziwiłłowej wystawiono w Puławach widowisko „Wjazd baszy tureckiego do Mekki“, do którego użyto wielbłądów i wielu bogato zdobionych strojów, niektórych sprowadzonych z Turcji specjalnie w celu uświetnienia zabawy. Takie przedsięwzięcia skłaniały ludzi żądnych poznania świata do podróży na Wschód. Sam król Stanisław August interesował się orientalnymi osobliwościami i spotykał z podróżnikami, którzy zwiedzili egzotyczne krainy. Wtedy też kroniki odnotowały pojawienie się pierwszych w historii polskich turystek.
W książce „Życie polskie w Stambule w XVIII wieku“ (PIW 1959) profesor Reychman opisał niezwykłą jak na owe czasy eskapadę odważnych pań: W czerwcu roku 1787 ujrzał Stambuł nie widziany dotąd spektakl: wycieczkę z Polski złożoną z… kobiet! Dwunastce dam przewodziła Urszula z Zamojskich Mniszchowa, żona Michała Mniszcha, marszałka wielkiego koronnego, siostrzenica królewska, pani dumna i nieprzystępna. Rej w tej wycieczce wodziła ze Stambułu pochodząca Zofia Wittowa. Ekspedycja, która wyruszyła z Chersonu, opływając następnie cały Archipelag, zaopatrzona była we wszystko. Muzykantów i namiotów nabrali, żeby wysiadać po brzegach morza.

Urszula Mniszchowa była królewską ulubienicą, na dworze pełniła często funkcje pani domu. Dla niej król zarządził przebudowę pałacu Mniszchów w Dęblinie. W Wiśniowcu, w innej rezydencji należącej do familii jego ulubienicy, władca spotykał się z następcą tronu rosyjskiego – wielkim księciem Pawłem.

Piękna Urszula wyjeżdżała z mężem do Petersburga, gdzie prowadziła aktywne życie towarzyskie. Była to dama światowa, słynąca nie tylko z urody, ale zarazem, jak twierdzą współcześni, z chorobliwej dumy i tysiąca grymasów. Wyróżniała ją Katarzyna II. Przedstawiona została cesarzowi Józefowi II. Mając takich protektorów, nie musiała obawiać się niebezpieczeństw w podróży do Turczynów. Zgodę na nią uzyskała od samego króla, prawdopodobnie w Wiśniowcu, gdzie polski monarcha zawitał w marcu 1787 roku, jadąc do Kaniowa na spotkanie z cesarzową Rosji. Chodziło o damską ekstrawagancję, ale król nie potrafił niczego odmówić swojej pupilce.
Zofia Wittowa, przewodniczka wycieczki, była synową komendanta twierdzy kamienieckiej Jana Wittego. O jej pochodzeniu i awanturniczych przygodach krążyły różne opowieści. Nazywano ją Greczynką albo Bitynką, ponieważ jej przodkowie pochodzili z Bitynii, wchodzącej niegdyś w skład cesarstwa bizantyjskiego. Do Polski trafiła jako coś w rodzaju żywego towaru za sprawą dyplomaty-awanturnika w służbie Stanisława Augusta, Karola Boscampa, pochodzącego ni to z Wołoszczyzny, ni to z Niderlandów, znanego kobieciarza. Zarzucano mu, że trudnił się stręczycielstwem. Miał jednak znaczne wpływy w Konstantynopolu. Król powierzał mu swoją korespondencję z wpływowymi osobistościami w Turcji. Inna wersja mówi, że piękną Zofię (przedtem zwaną Lulu) dostarczyła Wittemu Salomea Regina Pilsztynowa, wykupująca nad Bosforem jeńców, niegardząca przy tym handlem niewolnicami. Kolejne źródło zasługę wynalezienia Bitynki w greckiej dzielnicy Stambułu, odkupienia jej od matki za 1500 piastrów, wychowania oraz wywiezienia w świat przypisuje posłowi francuskiemu. W złośliwym wierszu Niemcewicz nazywa ją szynkareczką, która urząd pełniła nieświetny, ale wszystkie świata wielkości wdziękiem przewyższała. Boscamp miał ujrzeć ją po raz pierwszy, kiedy fusy w kamiennym gotowała dzbanku. Ten, co był króla posłem i rajfurą, rzekł podobno do niej:

Dziewczę! Nie do tej stworzonaś roboty,
Lecz byś królów swoimi cieszyła pieszczoty!
Porzuć fusy i kawę, i te garnki mleka:
Godniejszeć wdzięków twoich przeznaczenie czeka!
Wysłannik Stanisława Augusta Poniatowskiego do Stambułu zamierzał wyznaczyć pięknej Greczynce rolę łaziebnicy królewskiej, przemyśliwał też o uczynieniu z niej kochanki polskiego monarchy. Odstąpił ją jednak po drodze synowi komendanta Kamieńca, swojego przyjaciela, który pokochał ją od pierwszego wejrzenia. Wkrótce Zofia Wittowa znalazła się i tak w orbicie królewskiego dworu. Stało się to za pośrednictwem Urszuli Mniszchowej. Przyjaciółka siostrzenicy króla była bez wątpienia inicjatorką wyjazdu pierwszych polskich turystek do Stambułu.

Dwunastu odważnym polskim damom, będącym czymś w rodzaju przyszłych feministek, towarzyszył za własne pieniądze wygrane w karty świeżo mianowany generał-major wojsk koronnych Kajetan Miączyński, któremu panie powierzyły obowiązki administratora i skarbnika. Nie zawiódł ich zaufania, co nie przeszkodziło mu w 1890 roku stać się bohaterem głośnego skandalu we Włoszech, gdzie wdał się w zakończony wspólną ucieczką romans z żoną pewnego bankiera, okradzionego przez swą połowicę.

Niestety, nie zachowały się szczegóły pobytu pierwszej polskiej kobiecej ekskursji w Turcji ani opis wrażeń szlachetnie urodzonych pań tworzących ten orszak. Gdyby w podróż wyruszyły 5 lat później, nazwano by je zapewne feministkami. Pojęcie to narodziło się dopiero w 1792 roku w manifeście twórczyni tego ruchu Mary Wollstonecraft. Coś widocznie wisiało w powietrzu już wtedy, gdy nasze panie planowały swą wyprawę.

Przed pierwszymi polskimi podróżniczkami do krain Orientu trafiały jedynie branki, porwane w jasyr z terytorium Rzeczpospolitej. Najsłynniejsza z nich, Roksolana, została w XVI wieku ukochaną żoną sułtana Sulejmana II Wspaniałego. Chociaż była Rusinką, na dworze tureckiego władcy działała z przekonaniem na korzyść Polski. Na rok przed wyjazdem do Turcji dwunastu polskich dam ukazała się w Warszawie broszura, wydana przez członka Zakonu Najświętszej Trójcy, powołanego do wykupu jeńców chrześcijańskich z rąk niewiernych. Autor publikacji, Adam Orłowski, podsumował starania, jakie bracia trynitarze czynili do 1783 roku w krajach tureckich i tatarskich dla wykupienia polskich niewolników, w tym również kobiet, bardzo wysoko cenionych na Awret Pazary, czyli Niewieścim Targu w Stambule. Z aktów trynitarzy przechowywanych w Łucku wynikało, że w latach 1769-1775 wykupili niejaką Annę z Popieluch i Marię Zaborowską. Ta ostatnia, ku ich zdziwieniu, nie chciała porzucić wiary Mohammeda. W 1782 roku szlachcianka Studzieńska z Wołynia razem z narzeczonym zbiegła do Turcji, prawdopodobnie powodowana chęcią zaznania niezwykłych przygód, ale być może dlatego, iż w Polsce rodzice nie pozwalali jej połączyć się z ukochanym. Różne były więc motywacje naszych rodaczek podejmujących podróże w głąb Orientu. Większość trafiała tam przypadkiem, przeważnie wbrew swojej woli.
Salomea Regina Pilsztynowa, która miała sprzedać wysłannikowi polskiego króla piękną Lulu, późniejszą Zofię Witte, z domu nazywała się Rusiecka. Sama siebie mianowała medycyny doktorką i okulistką. Tytuł ten przybrała po pierwszym mężu, Niemcu nazwiskiem Jakub Halpir, za którego wydano ją, gdy miała 14 lat.
To on zabrał ją do Stambułu. Choć żadnych szkół medycznych nie ukończyła, leczył się u niej cały wielki świat tureckiej stolicy, przede wszystkim żony i córki dygnitarzy dworu sułtańskiego, których mężowie i ojcowie nie uznawali opieki doktorów-mężczyzn nad swymi żonami i córkami. Pilsztynowa była jak na swoje czasy prawdziwą podróżniczką. Towarzyszyła armii tureckiej w Serbii podczas wojny z Austrią. Przebywała na Wołoszczyźnie i w Rumelii, obejmującej dzisiejszą Albanię, Macedonię i pólnocno-zachodnią Grecję. W Bułgarii kurowała pozostającego na wygnaniu chana krymskiego. Jeździła do Polski, była na Ukrainie i Litwie, odwiedziła także Petersburg. W Wiedniu została lekarką ambasady tureckiej. Gdy wróciła do Stambułu, sułtan Mustafa III powierzył jej opiece zdrowie swojej siostry Aiszy. Potem zawędrowała do Egiptu. Pod koniec życia opisała swoje podróże i przygody w pamiętniku, przechowywanym obecnie w bibliotece Czartoryskich w Krakowie. Nosi on przydługi i zawiły tytuł: „Echo na świat podane procedury podróży i życia mego awantur na cześć i chwałę Panu Bogu w Świętej Trójcy jedynemu i Najświętszej Matce Chrystusa, Pana mego i wszystkim świętym przeze mnie samą wydana ta książka Salomei Reginy de Pilsztynowej, medycyny doktorki i okulistki, w roku 1760 w Stambule“.Autor monografii „Polacy na szlakach morskich świata“ zapoznał się z pamiętnikiem Pilsztynowej bardzo uważnie. Jerzy Per-tek uznał, że zawiera on ciekawe wskazówki o warunkach podróżowania do Ziemi Świętej inną drogą niż przez Włochy, którą tradycyjne wybierali Polacy. Salomea Pilsztynowa opisała trasę z Chocimia przez Mołdawię do Morza Czarnego i stąd statkiem do Stambułu, a potem drogą morską do Jafy. Z pierwszej części tej nowej marszruty skorzystało dwanaście polskich turystek. O dalszej drodze Polka, która świetnie znała Imperium Otomańskie, napisała: Z Stambułu do Jerozolimy na odpust zazwyczaj co rok kilka tysięcy ludzi jadą, wszyscy w jednym okręcie. Każdy człek daje od siebie dwadzieścia piec lewów i czasem za kilka dni zajedzie, czasem za tydzień, dwie niedzieli, a najwięcej za miesiąc jeden zajedzie z Stambułu doJafy, a zJafy do Jerozolimy godzin osiem.
Z kilkoma tysiącami osób na jednym statku nieco przesadziła, reszta się jednak zgadzała. Pilsztynowa sama musiała odbyć niejedną podróż morską, gdyż zwróciła się do swych czytelników słowami: Jeśli ktoś się morza boi, to jest dziecinna bojaźli i śmiechu godna. Ja, będąc białogłowa, jakem kilka razy na morzu była, lecz mi nic z laski Boga Najwyższego [się] nie stało.
Dorota Falak ze Śląska Opolskiego, do której przylgnął przydomek Al-Hakima, czyli lekarka z Lechistanu, przyszła na świat w 1630 roku, w czasie wojny trzydziestoletniej we wsi pod Raciborzem, spalonej wkrótce przez wojska szwedzkie. Była córką pańszczyźnianych chłopów. Miejscowy wikary nauczył ją czytać i pisać po łacinie, co w owych czasach dla dziecka z ludu, zwłaszcza dla dziewczyny, było czymś niezwykłym. Dziedzic, von Kloese, zmiękczony w alkowie, pozwolił jej pójść na służbę do miasta z kilkunastoma srebrnymi talarami zarobionymi u księdza. Posługiwała u cyrulików, z których szeroko słynął gród nad Odrą. Tu nauczyła się pomagać mistrzom w lekowaniu chorych.
Jej niezwykłe losy opisał historyk Wojciech Sulewski w książce „Konterfekty dziwnych Polaków“ (Iskry 1973). Opowiedział jednakże
O niej po raz pierwszy w „Klubie Sześciu Kontynentów“ poświęconym niezwykłym przygodom naszych rodaków w krainach wschodnich. Wiejska dziewczyna poznała szybko tajemnice leczenia ziołami i różne sposoby na gorączki. Nade wszystko zainteresowała ją jednak chirurgia. Służyła mistrzom upuszczania krwi i wszędzie, gdzie tylko mogła, sięgała do medycznych ksiąg drukowanych w Wiedniu, Linzu i Wrocławiu. Skierowało to na nią uwagę Świętej Inkwizycji. Powieszono ją nagą na żelaznych hakach w oświetlonej pochodniami piwnicy, poddano chłoście i rozkazano leżeć dziesięć dni krzyżem w kościele. Resztę życia miała spędzić w klasztorze.
Inkwizytor uwierzył w skruchę badanej, gdyż nie posłano jej na stos, nie obcięto piersi ani nawet nie wypalono piętna na czole. Przysięgła, że nie będzie więcej parać się zabronioną kobietom sztuką medyczną. Przy najbliższej okazji uwolniła się jednakże z dybów, które w nocy wkładano jej na nogi. Uciekła na południe Polski, gdzie przyłączyła się pod koniec 1669 roku do taboru ormiańskich kupców jadących ku tureckiej granicy. Z rękopiśmiennej kroniczki, którą prowadziła w podróży, dowiedzieć się można, że pełniła w drodze funkcję kucharki i nałożnicy naczelnika kolumny wozów. Na postoju w Jassach, stolicy Mołdawii, zaczęła leczyć przebywających w gospodzie podróżnych. Zarobiła sporo złotych piastrów. Wkrótce medyczkę z Lechistanu znało całe miasto. Zaczęto wzywać ją na hospodarski dwór.
W 1673 roku Dorota Falak udała się na Węgry, gdzie kurowała tureckich oficerów. Polecono ją jako świetną al-hakimę samemu Ibrahimowi, paszy miasta Buda. Kiedy wyleczyła z ciężkich poparzeń jego ukochanego syna, dostojnik obsypał ją złotem. Dał specjalny ferman (urzędowe zezwolenie) na handel niewolnikami. Był to proceder przynoszący w Imperium Otomańskim ogromne zyski. W samej tylko Budzie funkcjonowało targowisko, na którym wystawiano na sprzedaż żywy towar z najdalszych krańców imperium. Jedna z sióstr paszy kupiła sobie na nim pięknego Włocha, śpiewaka, którego tunezyjscy korsarze porwali na wybrzeżu Sycylii. W 1764 roku zagony tatarskie podporządkowane tureckiemu sułtanowi zapuściły się poza Wiedeń, dotarły do Bawarii, zgarnęły jasyr z Moraw. Dorota Falak kupiła od Tatarów dziesięć kobiet, za które spodziewała się dostać dużo piastrów na rynkach Turcji. Stać ją było jeszcze na czterech mężczyzn, spośród których wyróżniła przystojnego kadeta armii cesarskiej Ludwika Gablenza. Idąc za przykładem córki paszy, postanowiła zatrzymać go dla siebie. Lubiła podobno spacerować, prowadząc go demonstracyjnie na smyczy.
Przedsiębiorcza Dorota przewiozła swój towar Dunajem do miasta Erdemit nad Morzem Egejskim, gdzie za austriackie dziewczyny zapłacili jej oficerowie egipskich galer. Mężczyzn odsprzedała mamelukom z Kairu. Od nich dowiedziała się, że za białe kobiety i mężczyzn można dostać znacznie więcej pieniędzy w egipskich i sudańskich portach nad Morzem Czerwonym. Udała się zatem na Cypr po nowych niewolników.
Uprawiając swój niecny proceder, śląska awanturnica wyruszała w coraz to nowe podróże: z Cypru do Aten, stamtąd statkiem do Splitu, a później pocztowymi końmi, w eskorcie spahisów, ponownie na Węgry po kolejny tatarski jasyr. Tym razem mogła już sobie pozwolić na pięć tuzinów kobiet i półtora tuzina mężczyzn. To wszystko Wojciech Sulewski wyczytał w jej rękopiśmiennej kroniczce, wyszperanej w jakiejś budapesztańskiej bibliotece.
Z nowym żywym towarem pojawiła się w Port Saidzie, ale miejscowy pasza nie zgodził się puścić jej karawany na południe lądowym szlakiem, na którym wybuchło powstanie plemion beduińskich. Za duży bakszysz ulokowała niewolników na statku wyruszającym do portów somalijskich. Żeglując wzdłuż zachodniego brzegu Morza Czerwonego, Dorota Falak podziwiała lwy srogo ryczące, morskie wilki oraz Murzyny, którzy perły poławiają. Jej opisy podróżnicze są jednak skąpe. Bardziej interesowały ją rozważania, jak uda się transakcja. Chociaż wyprawy swoje podejmowała z niskich pobudek, nie można pominąć tej utalentowanej awanturnicy na liście pierwszych polskich podróżniczek przemierzających Imperium Otomańskie.

Pridajte Komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *

sk_SKSlovak

Z organizačných a technických dôvodov rušíme oslavy- Deň poľskej vlajky a poľskej diaspóra 18.5.2024 v Rajeckých Tepliciach. O náhradnom termíne Vás budeme informovať.